Mam(y) problem z Lechem Wałęsą. Tekst z perspektywy młodego człowieka

Fot. IAR
Kiedy był „grudzień 70”, nie było mnie jeszcze na świecie. Kiedy podpisano porozumienia sierpniowe, nie było mnie jeszcze na świecie. Kiedy wprowadzono stan wojenny, nie było mnie jeszcze na świecie. Kiedy Lech Wałęsa został nagrodzony pokojową nagrodą nobla, nie było mnie jeszcze na świecie. Kiedy odbyły się pierwsze wolne wybory w czerwcu 1989 roku, miałem 2 lata. Kiedy Lech Wałęsa przestawał pełnić funkcję Prezydenta RP, miałem 8 lat. Kiedy S. Cenckiewicz i P. Gontarczyk wydali książkę „SB, a Lech Wałęsa”, mam 21 lat.

Takich sformułowań można zapewne jeszcze wymienić, ale nie to jest istotą tych przemyśleń, które napełnione są troską o najnowszą historię Polski i człowieka, który brał udział w jej tworzeniu. Ostatnie kilkanaście dni można określić mianem narodowego „tsunami”, zbliżającego się do granic polskiej historii, którego rozmach i moc niesie za sobą duże zagrożenie, mające możliwość wywołać nieodwracalne zmiany.


Lata gimnazjum, szkoły średniej to czas, kiedy na lekcjach historii mówiło się o bohaterskim i niezłomnym Lechu Wałęsie, który obalił komunizm, przeskoczył przez mur i wlał w polskie społeczeństwo nową nadzieję i ochotę do „walki” z komunistyczną władzą. To również mowa o zwykłym, spontanicznym robotniku, którego charakter i charyzma porywała tłumy. Pamiętam jedno z wypracowań, którego temat brzmiał: „Wskaż cechy współczesnego bohatera, w oparciu o osobę L. Wałęsy”. Piękny i dający ogromne możliwości wykazania się wiedzą historyczną, a także polonistyczną. O „Bolku” ani słowa.

Przychodzi czas studiów i wykłady z najnowszej historii Polski XX wieku, w czasie których również mowa o bohaterskim Lechu Wałęsie, ale z licznymi skazami. Można już usłyszeć „Bolek” częściej i bardziej zdecydowanie. Pamiętam sformułowanie poczciwego i zasłużonego polskiego historyka: „myślicie, że L. Wałęsa tak sam od siebie przeskoczył słynny mur (…), że w sposób naturalny stał się bohaterem (…), że w latach 70. i 80. był niezłomny (…), jeżeli tak, to życzę Wam powodzenia”. Rozpoczynam osobistą analizę dokumentów, archiwaliów, nt. „Bolka”. Słucham wypowiedzi samego Lecha Wałęsy, który zdecydowanie mówi: „nic nie podpisywałem, nie dałem się złamać tym ludziom”. Komu wierzyć, jak nie samemu zainteresowanemu, który był internowany, przesiedział w Arłamowie, w którym miał rozpocząć współpracować z władzą i poprzeć m.in. stan wojenny.

O „Bolku” słychać coraz częściej, ale za każdym razem powstaje grupa ludzi, którzy bronią człowieka, dzięki któremu mamy dziś wolność słowa, wolność zgromadzeń i wolność podejmowania autonomicznych decyzji. Ale jest coś niepokojącego. Z ust Lecha Wałęsy można usłyszeć sformułowania, że musiał dać do zrozumienia władzy, że chce z nią współpracować, to „coś tam” podpisał, ale to nic ważnego. Później, że podpisał i współpraca była krótka. Jeszcze później, że kategorycznie nic nie podpisał, a ludzie którzy go o to posądzają (A. Walentynowicz, A. Gwiazda, K. Wyszkowski etc.) to kłamcy. Słyszymy informacje, że L. Wałęsa planuje zorganizować publiczną debatę, podczas której będzie mógł obronić swoje dobre imię i zmierzyć się ze wszystkimi argumentami historyków i publicystów. Po kilku dniach słyszymy, że były Prezydent rezygnuje z debaty, którą sam zaproponował.

Mija kilka lat. Mamy luty, 2016 rok i informacja: „żona generała Kiszczaka przychodzi do IPN z teczką „Bolka”, którym był L. Wałęsa i chce za nią pieniądze”. Metaforyczne tsunami zbliża się do granic. L. Wałęsa z zagranicy w emocjonalny sposób, za pośrednictwem mikrobloga, rozpoczyna serię wpisów, w których raz zaprzecza, że podpisał jakiekolwiek „kwity”, później, że coś podpisał, ale to nic ważnego, jeszcze dalej, że nie brał żadnych pieniędzy za „kablowanie” – to inni „kablowali” na niego. Następnie, że tajemnicza osoba przychodzi do niego i prosi o pomoc, on nie może tego „ubeka” teraz ujawnić – prosi go, żeby sam się ujawnił. W ostatecznym rozrachunku trudno zliczyć wersji linii obrony L. Wałęsy, które wprowadzają liczne dwuznaczności i niedopowiedzenia, potęgując jednocześnie domysły i kontrowersje.

22.02.2016r. IPN udostępnia teczki „Bolka”, czyli jak z nich wynika, L. Wałęsy. Uderza tsunami. Opinia publiczna zapoznaje się za pośrednictwem mediów z odręcznie napisanym zobowiązaniem do podjęcia współpracy, listą wypłat, pokwitowań etc. Nagle z ust byłych opozycjonistów, takich jak np.: J. Rulewski, J. Lityński, B. Lis, usłyszeć można, że jedni wiedzieli, drudzy słyszeli, a trzeci się domyślali, że L. Wałęsa to „Bolek”.

L. Wałęsa w swoim oryginalnym i trudnym do podrobienia stylu komentuje: „Przegrałem”, „Inni wygrali”, „Zdradziliście mnie [kto? – aut.]” etc. Historycy czują satysfakcję, że ich domniemania, hipotezy i wnioski są w końcu podparte faktami. Inni, udowadniają, że są to „fałszywki”, jeszcze inni, że „Lech Wałęsa jest naszym dobrem narodowym i nic tego nie zmieni”. Politycy i publicyści prześcigają się w sformułowaniach o końcu mitu L. Wałęsy. Po raz kolejny poziom niedomówień i nieścisłości sięga zenitu.

Co widać? Dwa obozy i jedną osobę. Jeden obóz – środowisko historyków, polityków i publicystów, którzy wydali sąd na L. Wałęsie i nie potrzebują już żadnych dodatkowych analiz grafologicznych. Wszystko jest jasne. Cezary Gmyz mówi o tym, że gdy czytał akta „Bolka”, to chciało mu się płakać, bowiem L. Wałęsa był jego bohaterem młodości. Sławomir Cenckiewicz mówi o potężnej i nieprawdopodobnej wiedzy o działalności „Bolka”, która była jeszcze bardziej rozbudowana, niż sądził. Drugi obóz – środowiska prosolidarnościowe, publicyści niechętni prawicy i część byłych opozycjonistów, broniąca L. Wałęsy. Ludzie, którzy nawołują do wstrzymania się od osądzania i publicznego ostracyzmu, zwracający uwagę, że nawet jeśli prawdą (po badaniach grafologicznych) okaże się współpraca z SB, to nie zmieni to postrzegania L. Wałęsy, jako jednego z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na świecie. I na koniec widać jedną osobę – zagubionego, zmęczonego, zdenerwowanego, zrezygnowanego i pełnego emocji L. Wałęsę. Człowieka, który wyraźnie nie wie co zrobić, bez względu na to, czy jego agenturalna współpraca jest prawdą, czy nie. Faktem jest, że lata 70. i status zwykłego robotnika nie gwarantował bezpieczeństwa. Ludzie żyjący w tamtych czasach i opowiadający o tych wydarzeniach, jasno zwracają uwagę, że władza wiedziała, jakich użyć „argumentów”, żeby przekonać obywatela do swoich racji. Człowiek jest tylko, albo aż człowiekiem, na którego działają emocje. Trudna sytuacja finansowa lub poczucie braku bezpieczeństwa dla pozostałych członków rodziny, mogły zrobić wiele. Czy tak było? Nie wiem.

Część historyków nie ma złudzeń – L. Wałęsa był świadomym i „wzorowym” współpracownikiem SB, o pseudonimie „Bolek”. Druga część zaciekle broni L. Wałęsy, bez względu na wszystko. Znowu zawiązuje się jakże znany podział na „Polskę A” i „Polskę B”, zwolenników ustaleń „Okrągłego Stołu” i ludzi negujących jego zasadność, a także decyzji tam podjętych. Mówi się o „chichocie gen. Kiszczaka zza grobu”, a także zaplanowanej akcji polskiej prawicy, która ma odsunąć uwagę od innych problemów. Jeszcze inni mówią o zniszczeniu mitu L. Wałęsy i napisaniu historii na nowo – z innymi ludźmi, z innym bohaterem głównym.

Jedno jest pewne – takiej historii nie da się napisać na nowo. L. Wałęsa był, jest i będzie tym człowiekiem, z którym utożsamia się obalenie komunizmu.

Obecnie gra toczy się o coś bardziej poważnego. O kształt polskiej historii i postrzeganie samej osoby L. Wałęsy. O to, jakie zniszczenia pozostawi po sobie tsunami, które przyniosły za sobą akta z „szafy Kiszczaka”. Nie przypadkowo wcześniej opisałem edukację i ewolucję postrzegania L. Wałęsy. Od bohatera Lecha Wałęsy, po „Bolka”. O to toczy się batalia – jak za kilka lat będą wyglądać podręczniki do historii, na stronach mówiących o latach Solidarności, walki o niepodległość i o samym L. Wałęsie. Obecne szeroko pojęte elity (ze wszystkich stron sceny politycznej) pozostaną przy swoim zdaniu. To, co dzisiaj najważniejsze jest, to próba rzetelnej debaty o tym, nie kim był L. Wałęsa, ale jakie mógł popełnić (lub czy popełnił) błędy 30-40 lat temu, z myślą o kolejnych pokoleniach Polaków. O tym wspomniał również Kornel Morawiecki, namawiając do debaty o L. Wałęsie, w oparciu o prawdę, która jest obecnie zamazana przez polityczne spory i interpretacje.

Dlatego chciałbym namówić wszystkie strony do uczestnictwa w publicznej debacie o tym, jak było naprawdę, czy ewentualne działania L. Wałęsy z lat 70. miały wpływ na lata 90., oraz o dalsze ujawnianie teczek z aktami innych współpracowników SB, tak, aby powstał cały obraz tamtych czasów. Bez wątpienia byłaby to debata emocjonalna, nerwowa i nieprzewidywalna. Ale taka debata, w świetle ostatnich wydarzeń, Polakom się należy i jest potrzebna.

Zajmuję się również sferą badań (w innej dziedzinie) i wiem, jak ważna jest rzetelna i pozbawiona stereotypów analiza dokumentów. Dlatego ważnym jest, aby kluczowe zdanie w tej tematyce mieli przede wszystkim historycy, a nie publicyści. Do ustalenia prawdy potrzebny jest również sam Lech Wałęsa, który pozbawiony będzie emocji, ale o to w przypadku tej osoby będzie bardzo ciężko.

Tekst napisany jest nie z perspektywy badacza, a normalnego Polaka, czującego dezorientację, którą można usłyszeć w polskich domach podczas normalnych rozmów przy stole. Ponadto pokazuje niebywałą rozbieżność, przy której ciężko odnaleźć chociażby przysłowiowy środek.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...